Salto Angel cz. 2


Jako, ze wlasnie zmienilem kraj i wynioslem sie z Wenezueli postanowilem zrobic dwie rzeczy: po poerwsze dokonczyc opowiadanie o wycieczce a po drugie podsumowac caly miesiac w tym kraju. Wszystko dlatego, ze przybywajac do Medellin poczulem sie jak w Szwajcarii porownujac z Wenezuela, wiec moge szybko zapomniec jak to bylo :D

Minelo juz pare dni, emocje troche opadly, chociaz dalej jestem pod wrazeniem tego pieknego miejsca. Mysle sobie, ze warto zajrzec po powrocie na strone typu 100 cudow swiata, zeby nie stracic takich widokow na rzecz szwedania sie po miastach :)

Decydujac sie na te wyprawe zastanawialem sie czy w ogole cos zobacze, jako ze wlasnie konczy sie pora sucha i z woda moze byc krucho, szczegolnie, gdy Chavez notorycznie wylacza ludziom wode w miastach. No i z samolotu bylo widac wiele szerokich koryt rzek … bez wody,

pomyslalem jednak, ze skoro wzieli nas na wycieczke, to jest co ogladac.

Wyladowalismy na lotnisku Canaima – zastanawialem sie jak duze to bedzie miasto. Okazalo sie, ze lotnisko to drewniana buda a cale miasto to spokojna wies, gdzie nie plynie czas, jest jeden kosciol i kilka sklepow, ale – uwaga – tez kafejka internetowa oraz zasieg gsm ;) Odebral nas jeden indianin, ledwo gadajacy po angielsku i zabral do Campamiento Wep tui tui czy cos takiego. Normalne pokoje, lozka, kuchnia – cacy. I nie bylem tam pierwszym Polakiem:

Poszlismy na plaze, bo byl tam zalew a w nim czysta woda wypelniona zelazem do tego stopnia, ze mieszka w nim chyba tylko jeden gatunek ryb :)

Ale co tam, wykapalismy sie – przy okazji poznalem rosjan – tatiane, ruslana i iwana :) Potem spagetti, sjesta i pierwsza wycieczka lodzia – zobaczyc wodospad SAPO FALL (60 METTER LARGE WATER FALL). Co sie jednak okazalo, poszlismy do niego na piechote w klapkach, bo zabraklo wody zarowno w rzece, jak i do picia :) Niemniej jednak w koncu (mialo byc 15 minut bylo pol godziny) dotarlismy do sterty kamieni, ktora niby normalnie jest rwaca rzeka, ktora spada w dol tworzac ow Sapo Fall. No nic, przeszlismy na druga strone ogladajac z gory resztki rzeki o szerokosci strumyka i zaczelismy schodzic na dol przez las. W lesie mielismy okazje zapoznac sie z miejscowa zwierzyna, mianowicie mrowkojadem, jak rowniez czyms co miejscowi nazywaja “veinte quatros” [dwudziestki czworki], czyli megamrowki, ktore jak cie ugryza, wywoluja po 24 godzinach goraczke. Mialy z 2 cm, a nasz przewodnik mowil, ze te to sa pequeños [malutkie] :) Dowiedzielismy sie rowniez, ze drzewo bananowe bez bananow nazywa sie patata machisimo [macho bananowiec] :D

Koniec koncow dotarlismy pod wodospady, ktore widac przy okazji plazy. Mozna bylo sobie wskoczyc do rdzawej wody, poplywac, a takze mozna bylo wejsc za sciane wody tych wodospadow i podziwiac je od srodka. Jako, ze wiele takich rzeczy nie widzialem, to mi sie podobalo. No i znalezlismy zabke, ktora sie uzywa do zatruwania strzal przez indian – bardzo mile stworzonko trzeba przyznac.

Po powrocie do obozu dostalismy znowu czas wolny, wiec postanowilismy sie zintegrowac z kolegami z Pais Basco, a rosjanie postanowili sie zintegrowac ze mna. No i trzeba bylo znalezc piwo w tej wiosce, ale okazalo sie, ze przedsiebiorczy tubylcy maja duze lodowki i jak ktos przychodzi, to udaja sklep i sprzedaja rzeczy dwa razy drozej niz normalnie. No ale kto by sie nie napil piwa w takim klimacie, no kto? Trzeba tu zaznaczyc, ze sformulowanie “piwo” jest raczej umowne, bo mowa tu o napoju Polar Lite, ktorego trzeba wypic 10 puszek, zeby sie poczuc, jak po dwoch normalnych solerach verde (niemieckie piwo rozlewane w Wenezueli) :)

 Tak czy inaczej juz przed kolacja wszyscy czuli sie calkiem zintegrowani. Pamietam jak proponowalem rosjanom, zeby poszli z nami na dyskoteke i oni jako jedyni zachowali zimna krew pytajac “Co? Na dyskoteke? Tutaj? [tu spojrzenie jak na idiote, ktore zapamietalem do teraz] Nie, wyspimy sie. :) Normalnie tak mi powiedzieli… ale sie nie zrazilismy i znalezlismy otwarty bar, gdzie kupilismy dalsze polary a nastepnie poszlismy na plaze. Bylo smiesznie i pieknie zarazem. Pamietam te gwiazdy, piekne niebo i szum wodospadow. Potem mnie obudzili i zaproponowali transport do lozeczka :)

Pobudka na drugi dzien byla bardzo trudna, no ale to byl dzien najwazniejszy. Zapakowalismy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszylismy na piechote do portu, w ktorym czekaly na nas lodzie, ktorymi mielismy poplynac do Salto Angel.

No i zaczela sie 4 godzinna podroz, ktora trwala ponad 6 godzin. Zgadnijcie dlaczego? Otoz odpowiedz jest prosta: no hay bastante aqua czyli po naszemu zabraklo wody w rzece i w trakcie drugiego odcinka podrozy co chwile musielismy wyskakiwac z lodzi i ja ciagnac, pchac, ratowac i wskakiwac z powrotem, bo niestety w gore rzeki po kamieniach nie bardzo chciala plynac :) Bylo to ciekawe doswiadczenie i pokazywalo jak bardzo mozna sie zabic lazac po kamieniach po pas w wodzie :) Doplynelismy gdzies o 18, czyli praktycznie w nocy i niestety zaplanowana na ten dzien 2 godzinna wycieczka pod wodospad nie wypalila. Wypalil za to pomysl, zeby ja zrealizowac dnia 3go, co wiazalo sie z pobudka o 4 rano i wyruszeniem prosto z lozka (a w zasadzie hamaka) na spacer. Jak juz wczesniej wspominalem bylo warto, tym bardziej, ze cala noc padalo i wodospad zupelnie zmienil objetosc przetwarzanej wody :)

Na miejscu bylo tak:

No i powrot ta sama trasa do obozu na sniadanie, ktore trwalo jakies 15 minut (przypomnialy mi sie czasy z wojska) :) Potem zapakowalismy plecaki mokrymi rzeczami i co sie okazalo? Dobra wiadomosc byla taka, ze nie trzeba juz bedzie pchac ani ciagnac lodzi. Zla byla taka, ze rzeka stala sie rwaca, szalona i nieokielznana, a lodz byla ta sama. Plynelo sie szybciutko, z nurtem, na silniku – mega przezycie – do czasu, kiedy driver nie wyrobil i wyrznal dziobem w drzewo na brzegu, malo nie zabijajac przewodnika na dziobie i robiac dziury ludziom w piszczelach po uderzeniu w lawki. Wszyscy zachowali jednak wzgledny spokoj i udalo sie pozostac w lodzi razem z hektolitrami wody. No i usmiechy ustaly, chwycilismy sie siebie mocniej i czekalismy co bedzie dalej. Dalej byly wielkie kamienie, duzo wody w lodce, przechyly 45 stopni w przod, na boki – w sumie mega, jednakze sprawilo to, ze zaczalem sie powaznie zastanawiac czy chce takiej podrozy w Amazonii. W koncu lataja tez tam samoloty … no i po doplynieciu wsiedlismy do samolotu. Gosc, zeby zobaczyc co ma na wskaznikach co chwila sciagal okulary, lecielismy w ulewie przez caly czas ale na szczescie dotarlismy szczesliwie na miejsce. Tam spotkalem kolege Francuza, ktory lecial innym samolotem. Mimo, ze mial na imie Mohammed byl bialy – opowiedzial, ze przez jakis czas lecieli bez silnika, bo zgasl i tyle. Heh, taki dzien pomyslalem i zalogowalem sie w posadzie w celu odespania calej wyprawy. Nie bede tu juz opowiadal o przejsciach z dotarciem do owej noclegowni, bo wiaze sie tylko i wylacznie z opieszaloscia miejscowych i checi wcisniecia ci sciemy, ze lepiej mu zaplacic 500$ niz komu innemu 50$ :) No ale dla mnie to juz tylko krajobraz :)

Posted on 10/05/2010, in Podróżowanie, Venezuela and tagged , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 7 komentarzy.

  1. maj maj, Ty masz talent literacki Jakubku…

  2. A propos Medellin, a wlasciwie jego slumsow, przypomnial mi sie swietny film (pelnometrazowy ale w konwencji mafijnej telenoweli) Rosario Tijeras.
    To chyba przyszedl czas i na mnie, by Ci zazdroscic.
    Foty z Medellin, popiosie.

    • amashumgalanna

      Slumsow jeszcze nie widzialem i w zasadzie nie planuje – ale tytul filmu mi cos mowi :) Jak juz Ty mi zazdroscisz, to znaczy, ze jestem w ciekawym miejscu ;)
      Zdrowka Tobie i Michalowi zycze!!!

  3. Oczywiście, ze byli tam już Polacy – ja :) ))
    Super przygoda, co? Nostalgia mnie ogarnia :)
    Ja jak zobaczyłam datę produkcji mojego samolotu – 1965 – i gigant szparę pomiędzy zamkniętymi drzwiami, a resztą samolotu, przez która to szparę obserowowałam sobie krajobraz w dole, to tez miałam niezłego pietra, a niby córką pilota jestem :) U mnie wody w rzece było mało, ale obeszło się bez pchania łodzi, za to przewodnik upił się rumem i zostawił mnie i jeszcze pare osób w dżungli tuż przed zapadnięciem zmroku…

  1. Pingback: Co mi się najbardziej podobało? « aprender la libertad, czyli nauczyć się wolności

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.