Hay una ciudad muy importante


To nie pierwszy raz, gdy wysiadam z samolotu ostatnim rękawem lotniska, bardzo jasnego, nowoczesnego, zwykle wypełnionego śródziemnomorskim słońcem. Dookoła mnóstwo kolorowych ludzi niespiesznie przemieszczających się po terminalu. Tu i ówdzie słychać “Hola! Que tal?”, “Por favor, ven aquí, hay un problema con el bano” albo z głośników “señoras y señores pasajeros”, a pod nogami plątają się dzieciaki wrzeszczące “No quierooooo!!”. To duże lotnisko, zanim się dotrze do odbioru bagażu, ten zdąży dotrzeć na piechotę z samolotu. Wsiadasz do zielonego autobusu, który zawiezie Cię na stację renfe, a tam możesz już pójść do zadymionego baru i kupić sobie w cafe solo doble.

Wysiadka z pociągu na Passeig de Gracia, miejscu gdzie w sierpniu zwykle odbywa się największa biba w mieście. I znowu ten zapach, którego nie da się pomylić z żadnym innym – kalmary, słońce, spaliny i morze. Spacer ulicą walencjańską, prosto do hotelu w samym centrum Eixample, zewsząd atakuje Gaudi, platany bez liści i słońce. Z okna hotelu widok na sklep z zieleniną oraz balkon, na którym wygrzewa się kanarek w klatce, spaniel oraz ich pańcia plewiąca kwiatki. Co jakiś czas przejeżdża autobus na gaz. Otwieramy wiśniówkę, to dobry czas, żeby uczcić powrót do Barcelony. Był plan pójść na chupitos a potem na impreze, ale napój owocowy dał mocno popalić, więc zamiast delektować się kuchnią katalońską władzę przejął burgerking… potem było już rano.

Rano w stolicy Katalonii to czas na najbardziej magiczne śniadania, które wryły mi się w mózg od czasu, gdy w 201o roku zamieszkałem tam na trzy tygodnie. Te śniadania składają się z metalowego stolika stojącego na słońcu przed wejściem do lokalnego baru na rogu, podwójnego espresso oraz świeżutkiej, pachnącej bagietki wysmarowanej oliwą, pomidorami i wypełnionej chorizo. Nie ma tam nic smaczniejszego … chyba, że jemy je w cudnym towarzystwie, wtedy jest jeszcze lepiej. No a jeszcze dla uzupełnienia otoczenia wokół stolika: dwie peruwianki, które skończyły pić kawę chyba dwie godziny wcześniej, piesek ze swoją pańcią i chinka, która krząta się między stolikami (kelnerka) i ni w ząb nie rozmawia po hiszpańsku ani katalońsku (*tu chińczycy przejęli w jakiś nieznany mi sposób większość barcelońskich barów).

Barcelona to miasto sklepów, więc można sobie kupić np. dwie pary trampek i koszulkę ;) Można również, a nawet trzeba, chodzić, spacerować, wdychać, czuć, cieszyć się, delektować, deptać stopami, dotykać dłońmi, cieszyć się całą przestrzenią tego miasta. Tak. Następna noc, to następny hotel – tym razem Glories, z drugiej strony miasta, przy Kerfurze i “dziwce”. Pełny wypas, ale jak się wcześnie rezerwuje, to się ma tanio ;) Tym razem na kolację paella w lokalnym barze o nazwie cerveceria de universitat (albo coś takiego) przy … [no kto zgadnie?] … plaza universidad. Nic specjalnego, ot ryż z kiełbaskami lub krewetką i dwiema muszlami, za niecałe 9 euro plus sangria na dzbanki, ale za to prawdziwe, miejscowe. Jest północ, wpadamy do klubu. 6 euro wjazd. na wejściu najbardziej niepożałowany gin z tonikiem, jaki widziałem i piłem – nawet na imprezach firmowych takie się nie zdarzają :) Jest raczej pusto. Za godzinę jest już masa ludzi. Nossa. Kolorowo. Bardzzzo. Nossa. metro jeździ w sobotę całą noc. na szczęście.

Niedzielny kac jest bezlitosny. Na zewnątrz 25 stopni. Poszukiwanie jedzenia zaniosło niemalże do Sagrada Familia. Plecak jest nie-do-zniesienia-ciężki. Głowa też. Żołądek tym bardziej. Słońce, kawa, kanapka (tym razem z jamon serano) pomagają. Dzisiaj spacery z plecakiem przez cały dzień nie są najlepszym pomysłem. Czas do hotelu. Fioletowe metro do La Pau, potem żółte do Poblenou, potem piętnastominutowy spacer … warto było – moja prośba przy rezerwacji pokoju w hotelu o “Una habitación con la vista del mar” zadziałała. To najbardziej wymarzony widok z okna, jaki mogłem sobie wymyślić – widok na barcelońską plażę.

W niedzielę wszyscy wylegli na plażę, jak długa i szeroka – pełna ludzi. Opalają się, jeżdżą na rowerach, deskorolkach, rolkach, biegają, skaczą, śpiewają, jedzą obiad, stoją w kolejce do restauracji … jest ich wszędzie na maksa pełno. Jedni w kurtkach i czapkach, drudzy w strojach kąpielowych się opalają, inni pływają w piankach na kajtach lub deskach, jeszcze inni uznali, że czas otworzyć sezon na plaży nudystów. Coraz częściej można usłyszeć, nieco zagłuszane przez wiatr, “aqua, cola, fanta, cerveza, bieeer?”. W Starbaksie dostaje kawe w kubku, na którym jest napisane moje imie. Zawsze się zastanawiałem, jak bardzo ciężko musi być hiszpanom z moim imieniem, które jest dla nich tak abstrakcyjne, że potrafią z niego zrobić Pietrik :D A z kawą można posiedzieć na placu królewskim, na fontannie patrząc, jak rodzinka próbuje wyłowić z wody części puzzle, które tylko jeden mały berbeć wie, jak się tam znalazło, a dwie wielkie brytyjki siedzą na betonie i nic a nic nie jest im zimno, mimo, że słońce już dawno było gdzie indziej. A potem jeszcze kolacja w lokalnym barze, z najbardziej wstrętną lazanią w moim życiu (nawet gorszą od tej co sam kiedyś zrobiłem z Ulą). To cała Barcelona.

Pobudka w okolicach Playa (Nova) Marbella uświadomiła mi, że to już poniedziałek. W skończonej perspektywie trzeba było pojechać na lotnisko, ale zanim to się stało był czas na i na zakupy lokalnych wędlin i oliwek oraz inne przyjemności, typu bagietka z kalmarami (jak Mauricio ;) ). Czas w Katalonii leci szybko ale leniwie jednocześnie. Pozwala się mózgowi rozluźnić, przemieścić trochę w inny wymiar, odnaleźć co zgubione i zostawić co niepotrzebne. Barcelona to miasto kolorów, morza, sztuki, muzyki, jedzenia, a przede wszystkim ludzi, tak różnych i tak podobnych jednocześnie do siebie. Przyjeżdżają tu odnaleźć na nowo siebie, urzeczywistnić swoje marzenia albo je po prostu odkryć. Barcelona to miasto, w którym czuję się niesamowicie dobrze, pod warunkiem, że trzymam się z dala od Rambli, tak jak trzymałem się z dala od głównego szlaku będąc w Machu Picchu.

Buenas noches

Boa Viagem


Recife postrzegalem jako moje zbawienie. Po wielu dniach w dzungli, Manaus, Belem wreszcie mialem szanse pochodzic po plazy i wygrzac w morskim sloncu. To nic, ze bylem po 40 godzinach podrozy z Belem, szczescie dotarcia do jakiejs bardziej zorganizowanej cywilizacji, nawet o 23 wieczorem, po dlugich poszukiwaniach hostelu przeze mnie i taksowkarza, naprawde poprawilo mi humor. Zalogowalem sie w najbardziej wypasionej dzielnicy – Boa Viagem.

Zaraz rano ruszylem na spacer po plazy, ladna, szeroka … tyle, ze zarekiniona odrobine o czym mowil i przewodnik ksiazkowy i wiele tablic na plazy. Na szczescie maja tam tez rafy (z tego co zrozumialem to nazwa miasta Recife = Rafa) ochraniajace czesc ludzka od czesci rekiniej uzytkownikow. Bardzo milo zmarnowalem sobie dzien spacerujac, kapiac sie, jedzac obiad na kilogramy, testujac innego operatora komorkowego i … tak, przez ponad polowe dnia lalo okrutnie.

Drugiego dnia bardzo rzesko wstalem z lozka, po kolejnej nieprzespanej nocy, tym razem z powodu chrapania, swiatla za oknem i komarow.  Udalem sie do miejsca, ktore wszyscy polecali – Olinda (z portug. Piekna). Na miejscu spotkalem dwoch innych podobnych mi wloczykijow – Norwega i Brazylijczyka – postanowilismy sie powloczyc razem.Ten ostatni dosc duzo wiedzial o Olindzie a takze o wydarzeniach kulturalnych, ktore maja sie tam owego dnia odbyc. Dzieki niemu trafilismy wieczorem (byla to niedziela), na stare miasto Recife, gdzie odbywaly sie przedkarnawalowe imprezy: kapela, szkola, samba, taniec, usmiech, piwo, przyjazn, muzyka – to slowa klucze, ktorymi mozna by opisac to co tam zobaczylem. Przyznaje, ze to byl drugi, bardzo pozytywny obrazek z Brazylii, ktory zapamietalem.

Ostatni dzien spedzilem wloczac sie po okolicach, szukajac natchnienia i rozmawiajac z jedna ciemnoskora dziewczyna z Haiti, ktora opowiadala, jak sie jej mieszkalo w Salvador.

Ciekawe, bo powiedziala mi, ze ja tez traktowali jak gringe, ze chodzila z facetem z Brazylii i oczekiwano od niej, ze bedzie mu stawiac jedzenie w restauracji, ze jest megabogata i ze mieszkajac u swojego faceta mozna korzystac z wszystkich jej rzeczy. Z tego co mowila tez wyszlo, ze podobnie, jak slyszalem o Krakowie, tak i w Salvador, nigdy cie nie zaakceptuja jako swojego, tylko do konca bedzie sie tam turysta. Zdecydowala, ze od tej pory bedzie podrozowac jako turysta i nie bedzie juz raczej na sile probowac zyc, jak miejscowi, bo nic dobrego ani milego to nie przynosi. Ciekawe, warte przytoczenia :)

Podsumowujac Recife, warto bylo zobaczyc impreze sambowa, co moglo przyblizyc mi troche co sie tam dzieje w trakcie karnawalu :)

Ponizej kilka fotek, dla wyobrazenia sobie jak tam jest.

Betlejem


Belém - Ver-o-peso - Foto: João Ramid

Do Belém chcialem poplynac statkiem, jak juz wczesniej wspominalem, jednak ostatecznie polecialem tam samolotem. Na miejscu bylem o 430 rano, wiec grzecznie czekalem na lotnisku na pierwszy dzienny autobus, ktory mnie zawiozl do centrum. Przyznaje, ze po Manaus, wiele miast robi dobre wrazenie, tak tez bylo i z Belém. Przeklada sie to wprost na znacznie wiekszy obszar miasta, ktore nie jest brudne, rozwalajace sie i smierdzace. Duze centrum, sporo ludzi, odnowiona architektura – az milo bylo pospacerowac. No i tez udalo sie spotkac ludzi z Couchsurfingu. Dzieki temu zobaczylem najwieksze zabytki, najwieksze centrum handlowe i najciekawsze miejsca. Nastepny dzien mielismy spedzic w bardzo ladnym miasteczku nieopodal.

… nie spedzilismy… okazalo sie, ze ludzie Ci mieszkaja tak w polowie drogi miedzy Belém a tym miasteczkiem i ze w zasadzie, skoro zostaje jeszcze jeden dzien (nie dostalem biletu do Recife), to mozemy posiedziec w domu i milo spedzic czas. No, ok, pomyslalem i tak zrobilismy. Trafilem w dzielnice, w ktorej byly tylko domki, takie latynoskie, skromne, na przedmiesciach, z kratami i bez sklepow. W sumie dobrze, bo moglem napisac te wszystkie poprzednie posty i nauczyc sie kompresowac film wideo do rozmiarow publikowalnych na YT ;) Na drugi dzien, kolo poludnia, mielismy ruszyc na spotkanie przygody w owym miasteczku.

… nie ruszylismy, bo czekalismy na brata, ktory mial przyjechac popoludniu, a z ktorym mielismy sie tez zabrac… ten nie dotarl, a mnie zapytano, dlaczego caly dzien siedze w domu, zamiast gdzies sobie pojsc :D To byl moment, w ktorym postanowilem korzystac juz tylko z hosteli do konca swojej podrozy w Brazylii :)

Przyznaje, ze nic mnie nie skusilo do wyciagniecia aparatu i zrobienia zdjecia w tamtym rejonie, dlatego ich nie zobaczycie. Z ciekawych rzeczy widzialem targ, impreze studentow, ktorzy dostali sie na studia … i to chyba wszystko :)

Czekala mnie podroz autobusem do Recife – kawal drogi – 36 godzin. Musialem wyjsc z domu o 6 rano i przygotowac sie na bardzo cierpliwe zwiedzanie Brazylii z okna autobusu. Zwiedzilem. Tereny, przez ktore jechalismy, troche przypominaly poludniowy zachod usa, a troche chyba afryke, ale to tylko ze zdjec, ktore widzialem. Przezylem, ale nie zalecam – na dluzsza mete taka wycieczka meczy ;)

You know where you are?


Znacie te piosenke, prawda? Postanowilem zabawic sie narzedziami komunikacji, bo bedac w lesie nie mialem nawet czasu robic notatek ;)

Ponizsze wieczorem, troche przed spedzeniem nocy w dzungli.

A to pod koniec calej wyprawy

Manaus


Do Manaus przylecialem w pierwszy dzien Bozego Narodzenia. Sniadanie swiateczne skladalo sie z kanapki samolotowej i podobnej jakosci kawy. Szesc i pol godziny podrozy, zdazylbym niemalze do Nowego Yorku z Warszawy ;)

Przylecialem tu, zeby udac sie na wycieczke do dzungli, a potem splynac statkiem do Belem u ujscia Amazonki do oceanu. No, przynajmniej taki byl plan. Na wyprawe sie udalem, ale wspomnialem o tym juz tutaj, byc moze napisze potem cos wiecej.

Manaus jest brzydkie jak noc, w zasadzie niewiele jest tutaj do zwiedzania. Ja mialem to szczescie, ze udalo mi sie zobaczyc to miasto praktycznie wyludnione i to uwazam za ciekawe i to sfotografowalem w zeszla niedziele, zebyscie wiedzieli jak tu wygladaja ulice w Nowy Rok … no i gdzie sa choinki.

Z ciekawych rzeczy, to w pierwszy dzien swiat, na glownym placu wokol Teatru Amazonas, odbyl sie spektakl swiateczny mnostwem widzow, mnostwem artystow i mega wypasiona oprawa artystyczno-wizualna. Przynajmniej przez chwile poczulem swieta ;)

To, co jeszcze mnie zainteresowalo, a uwazam dla siebie za nietypowe, to przesiadywanie w poblizu kosciolow, gdzie akurat byla msza. Pytacie, dlaczego? Otoz ze wzgledow czysto muzycznych, oni niesamowicie ladne melodie wydobywali z gitary i wlasnych przepon. Podobalo mi sie to bardzo.

W Manaus tez spedzilem sylwestra, a konkretnie na imprezowym statku, z grupa ludzi z hostelu. To bylo nowe i bardzo ciekawe doswiadczenie, a przy okazji poznalem ludzi opiekujacych sie dzika natura jak i tych, ktorzy o niej nic nie wiedza. No i troche potanczylismy i wypilismy i pozartowalismy, zeby na koncu, wracajac do hostelu zgubic na dobre droge. Podsumowujac owy wieczor, bylo znacznie lepiej niz sie tego spodziewalem.

W miedzyczasie dowiedzialem sie, ze najblizszy statek do Belem odplywa w przyszla srode i na miejscu bedzie w niedziele 8 stycznia, no i z bolem serca kupilem bilet lotniczy. No i od poniedzialku bylem tam na miejsu, ktore jako miasto znacznie bardziej mi sie podobalo na poczatku, a potem zawiodla mi logistyka, ale o tym byc moze potem :)

 

Zlap swoj autobus


Tak to wyglada w rzeczywistosci

Maja tutaj w miastach taka gre pt. zlap swoj autobus. Pisza o niej nawet na forach ;)

Cel:

1. Znajdz wlasciwy przystanek

2. Wejdz do autobusu, ktory zawiezie cie tam gdzie chcesz.

Zasady:

1. Przystanki nie zawsze sa oznakowane, moze to byc np. kolo lodziarni, przy smietniku, na skrzyzowaniu w dowolnym miejscu

2. Autobus zatrzymuje sie tylko na zadanie, od wewnatrz poprzez pociagniecie za linke, wcisniecie przycisku STOP i krzyk; od zewnatrz, jak u nas, chociaz czasem trzeba wyskoczyc przed autobus, prawie jak tutaj

3. Obszar przystanku to ok dwadziescia metrow

4. Na przystanek podjezdza jednoczesnie 5-10 roznego rodzaju busow i autobusow

5. Pojazdy poruszaja sie bardzo szybko, po trzech pasach, co oznacza, ze mozesz musiec zlapac autobus jadacy na skrajnym trzecim pasie, wyprzedzajacy dwa inne, ktore omijaja te, stojace na przystanku

6. Na przystanku jest kilkadziesiat osob, z ktorych kazda wypatruje swojego autobusu i wyskakuje na ulice, zeby zatrzymac swoj

7. Autobusy zatrzymuja sie tam, gdzie zostaly zatrzymane przez czlowieka na przystanku, a nie tam gdzie jest przystanek

8. Kierowcom niekoniecznie zalezy na tym, zeby zabrac kogos na poklad, ale zalezy im, zeby z tego pokladu kogos wyrzucic

9. Jako, ze wszyscy oczekujacy przesuwaja sie na koniec przystanku, zeby zobaczyc, czy czasem nie jedzie ich autobus, autobusy zatrzymuja sie juz kilkadziesiat metrow przed przystankiem i na niego nie wracaja

10. Nie ma rozkladu jazdy

11. Nie ma listy autobusow, ktore sie zatrzymuja w danym miejscu

12. Nie ma kogo zapytac czy to wlasciwy przystanek

Po trzech tygodniach zaczalem lapac jak to sie robi, choc chyba przeszedlem dopiero tutorial … przed godzina zastosowalem transport alternatywny, tj. mototaxi, wsiadajac na motor po raz pierwszy od czasow, gdy tata mnie wozil zdaje sie zielonym komarem wzdluz wagonow i torow na Tarnogaju ;)

Cataratas do Iguaçu


Foz do Iguaçu, to miasto, do ktorego sie udalem tylko i wylacznie, zeby zobaczyc wodospady Iguaçu. Zaplanowalem sobie dwa dni, pierwszy na obejrzenie tego nowego cudu swiata od strony brazylijskiej, a drugiego dnia od strony argentynskiej. Przy okazji spedzilem tam wigilie, o czym juz wczesniej pisalem tutaj.

Nie bede sie tu rozpisywac, bo to naprawde jest cud swiata i bardzo dobrze dopelnia wczesniejsza moja wycieczke do Salfo Angel w Wenezueli, o czym opowiadalem tutaj i tutaj. Zmienilem jednak plan, co do drugiego dnia, bo dowiedzialem, sie ze w poblizu, na granicy Brazylii i Paragwaju znajduje sie najwieksza na swiecie elektrownia wodna Itaipu Binacional (teraz juz druga, ale nie pod wzgleden wygenerowanej energii, jak mowi miejscowa propaganda). No i tez tam pojechalem, zeby miec dobry kontrast natura vs. dzielo czlowieka. Zobaczcie sami.

Floripa


Pierwszym miejscem po Rio, w które sie udalem byla Floripa ze swoimi plazami. Dwie godziny lotu i jestem na  miejscu. Szczerze mowiac nie planowalem tutaj robic nic wiecej, tylko obejrzec te wszystkie piekne miejsca, o ktorych opowiadaja.

Zaraz po wyladowaniu wyruszylem wiec do miejsca zwanego Barra da Lagoa. Jako, ze nauczylem sie korzystac z publicznego transportu, dwie godziny i trzy autobusy to pikus w tym upale. Hostel i plaza. Pierwsze co zrobilem to kupilem sobie wode i poszedlem na spacer. Uznalem, ze to calkiem ladne miejsce, duzo szkol surfingowych, leniwie toczy sie zycie. Wieczorem odwiedzilem kafejke internetowa, zeby dowiedziec sie, ze sypatyczni hackerzy w Brazylii obrobili jedno z moich kont bankowych. No i wieczor spedzilem na rozmowy z bankiem poprzez locutorio, czyli nielegalna telefonie internetowa i zastanowieniu sie co dalej. Na wyspie tez kolejny raz skorzystalem z couchsurfingu, bo nastepnego dnia juz sie umowilem na wspolne przedpoludniowe plazowanie w innym miejcu, tj. Praia Mole.

Jako, ze brak planowania w podrozy wymusza dzialania logistyczne w trakcie wypoczynku, udalem sie do innej miejscowosci, Lagoa da Conceição, w celu kupna biletu na autobus do nastepnego celu podrozy. Przy okazji dowiedzialem sie od Serba w miejscowej restauracji, ze w poblizu chyba 17go przystanku lodzi kursujacej wokol laguny, znajduje sie fantastyczny wodospad. Jesli tam bedziecie, to ponoc warto zobaczyc.

Nastepnego dnia opuscilem hostel, aby pierwszy raz w Brazylii skorzystac z couchsurfingowego spania u kogos w domu. Zawinalem sie z hostelu i dosc szybko znalazlem sie u dziewczyny, ktora twierdzila, ze zajmuje sie social work, a tak naprawde pracowala jako pomocnica sw. mikolaja w centrum handlowym. Ona udala sie do pracy, a ja na polnoc wyspy, dalej zwiedzac plaze. Przez pomylke (nie zdazylem wysiasc z autobusu) trafilem do miejscowosci Santinho, a po dwoch godzinach do praia dos ingleses. Tu znowu kontakt  z Bankiem, obiadek, plaza, dobry soczek z marakui no i trzeba bylo wracac . Wieczorem mielismy isc gdzies na piwo, kolezanka jednak gdzies zaginela na dluzej po drodze i tyle bylo z nocnego zycia na Floripie. Dlaczego? Bo nastepnego dnia mialem popoludniu autobus do Foz Iguacu.

Rano zbudzilo nas walenie do drzwi, bo okazalo sie, ze kolezanka umowila sie ze znajomymi na plaze. No i szybko sie zebralismy do auta, aby zobaczyc Praia Joaquina. Poznalem dwojke nowych, sympatycznych ludzi. Pogadalismy o zyciu, kokosach, plazach i kobietach, aby w ostatniej chwili zorientowac sie, ze musimy wracac. Jak juz bylismy w domu, dowiedzialem sie, ze moja gospodyni nie odwiezie mnie na dworzec autobusowy skad mialem jechac, tak jak sie wczesniej z nia umawialem, tylko na najblizszy terminal, gdzie autobus sobie zlapie, a jak nie zdaze, to wezme taksowke. Hmmm, pomylalem sobie, nie takie rzeczy sie robilo. Ale ona zrobila mi jeszcze jedna niespodzianke, ledwie ruszylismy spod domu, stanela na przystanku autobusowym, powiedziala, ze to moj autobus i fuera! No, ale na szczescie na autobus zdazylem w ostatniej chwili i tak oto zakonczyla sie moja przygoda z Floripa.

Ponizej macie kilka fotek z roznych plaz, na ktorych bylem.

Feliz Ano Novo, czyli Szczesliwego Nowego Roku


Czesc,

Zycze Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, abyscie mogli spelnic wszystkie swoje marzenia, te duze i te male, tak jak ja, na zdjeciach ponizej :)

Dzisiejszy wieczor spedzam w Manaus, albo na plazy, albo na rynku, albo w hostelu, albo w jeszcze innym miejscu – daje sie poniesc przygodzie.

Caly tydzien spedzilem w okolicach, najpierw 200 km stad, w dzungli, lapiac ryby i male kajmany noca, chodzac po dzungli, spiac w hamaku w lesie, jedzac z talerzy z lisci lyzkami wystruganymi z galezi i zastanawiajac sie co dalej. Od czwartku jestem w Manaus, miescie najlepiej zwiedzanym we wstecznym lusterku samochodu, brzydkim, niepokojacym, ale posiadajacym tez kilka perelek (te nie rekompensuja pozostawania tu zbyt dlugo) ;)

Dzisiaj pojechalem oraz poplynalem zobaczyc fenomen dwoch rzek, tzw. encontro das aguas – spotkanie Rio Solimoes (Amazonka) oraz Rio Negro. Takich fenomenow jest, jak sie dowiedzialem jeszcze kilka, ale ten ma najwiekszy zasieg :)

No, trzymajcie sie mocno. Jutro tu wszystko zamkniete, jak i w Polsce. W nocy udaje sie do Belem, zobaczyc ujscie Amazonki do Oceanu.

Até logo!

 

Wigilia w hostelu


Postanowilem Wam o tym napisac, bo cala sytuacja mnie rozbawila :D

W hostelu jest kilka osob: ja, ze mna w pokoju dwie dziewczyny z RPA, w pokoju obok Niemcy – studenci: dwie dziewczyny i chlopak, do tego przyjechali dzisiaj amerykanka z meksykaninem (tez wygladaja na studentow). No i Lilith, ktora tu wszystko ogarnia.

Postanowilismy zrobic sobie grilla. tylko ja wiedzialem, gdzie jest supermarket. Bylem tam dzisiaj. Kupilem sobie piekny kawalek wolowiny, bulke, skladniki na mizerie, awaryjne rosolki i piwo. Jak juz sie zabralem za robienie sobie kolacji okazalo sie, ze moja krowa zaginela w boju, czyli zostala przy kasie, no i caly genialny buntowniczy pomysl z jedzeniem krowy w wigilie poszedl sie kochac :D

Dlatego chetnie przystapilem do drugiej proby, wraz z dziewczynami z Afryki oraz ameromeksykanami. Jak juz dotarlismy do supermarketu, zamkneli nam go przed nosem … nie tylko nam, bo tez trzem dziewczynkom, ktore bardzo glosno wyrazily po portugalsku niezadowolenie z tego co zastaly … i nawet ja zrozumialem, ze nie powinny sie tak wyrazac ;)

Postanowilismy pojsc do restauracji na rogu, zjesc cos, napic sie piwa swiatecznego. Pelny szpan, rodizio za R$ 70, kelnerzy, muzyka na zywo, piwo za R$4 . Wzielismy po piwie, zarcie wydawalo sie troche zbyt drogie kazdemu. Posiedzielismy chwile (bo ile mozna siedziec przy piwie 0,3?) i wrocilismy do hostelu. Tu kazdy sie rzucil na to co mu wpadlo w rece: dziewczyny z rpa na mrozona lasanie z hostelowej lodowki, a parka z ameryki pln na picce. Ja … hmmm… mialem kilka minibanankow, ktore trzeba bylo zjesc.

No i jak Inka (dziewczyna z afryki) powiedziala, ze to najsmutniejsza kolacja wigilijna, jaka przezyla, bo nawet ser jest sztuczny w jej lazanii, dostalem mega-glupawki :D

No i teraz zycie w hostelu wrocilo do normy. Czesc gada przy stole o zyciu, czesc czyta przewodnik, jeden pisze bloga, chociaz za szesc godzin musi jechac na lotnisko.

Podrozowanie bywa zabawne :)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.